Recenzja: MR. OIZO – „The Church”

0
691
Masywny i potężny tytułowy „The Church” wieńczący najnowszą płytę Mr. Oizo to spadające z siłą młota pneumatycznego grande finale materiału, o którym na pewno powiedzieć można tylko tyle, że zrobi ze słuchaczem co zechce.
Kuuuurdeeee fajne toooo!!!

 

Tego francuskiego producenta (obecnie zamieszkującego drugą stronę Oceanu) większość świata, przede wszystkim z pomarańczowym pluszakiem, Flat Erikiem, kiwającym głową za biurkiem w rytm electro, z klipu wypromowanego przez reklamę pewnej znanej firmy odzieżowej. Kiedy „Flat Beat” (numer 1 UK Singles Chart!) w 1999 roku zawładnął telewizją, na straganach zaroiło się od podobnych pluszaków, jeden wszedł nawet w moje posiadanie. Przytuliłabym go teraz, kiedy jego twórca wytoczył wprost w nasze uszy potężne działa syntetycznego brzmienia, wodospady dziwacznych dźwięków, pokręconych bitów i hałasów. Warunki są ekstremalne. Można się przestraszyć – zwłaszcza tego, jak bardzo się to podoba.
Na wydanym dla należącego do Flying Lotusa Brainfeedera „The Church” stylistyczne przemieszanie niemal uniemożliwia jednoznaczne zaszufladkowanie płyty w jakimś konkretnym gatunku. Bo i sporo tu ciężkiego techno spod mrocznych gwiazd Detroit i Berlina, dużo eksperymentów z brzmieniem, trap, analogowe kaskady, muśnięcie french housem. Raz regularnemu bitowi, a raz skomplikowanemu metrum towarzyszą zwykle atonalne linie melodyczne w krótkich frazach, dysonanse, sample przesterowanego głosu, a czasem… zupełnie przyjemne harmonie i nietrudne do natychmiastowego przyswojenia melodie. Jeśli więc jakoś interpretować tytuł płyty, to ocierając się o profanację sacrum, można by powiedzieć, że Mr. Oizo stworzył tu niemalże świątynię dźwięku. Ten otacza słuchacza z każdej strony, ale nie miękko i wypełniająco, jak w przypadku ciepłych ambientów, tylko ostro i agresywnie. Na granicy pastiszu, groteski i parodii, psychodelii i szaleństwa. „Machyne” czy „Torero” dźwięki wypełniają po brzegi, atakuje ciężki bit, a chwilę później w kompozycji o wymownym tytule „iSoap” pojawia się iście nujazzowa gitarka i przyjemny groove. I na początku wywołuje to lekki szok, ale Oizo szybko swojego słuchacza do tej atmosfery brzmieniowej przyzwyczaja – na koniec lekko szokuje już tylko to, że stale czuć niedosyt. Mija ostatni dźwięk tytułowego utworu, a ja automatycznie włączam płytę od początku, bo ciągle mało, to uzależniające. Zwłaszcza, że Francuz zaserwował nam potężną, ale jednak niewielką dawkę muzyki – całość trwa nieco ponad pół godziny.
Quentin Dupieux (tak naprawdę nazywa się artysta) jest minimalistą w formie, za to w treści swoich produkcji osiąga maksimum. Nie bierze jeńców, nie idzie na żadne kompromisy, nie stara się nikomu przypodobać. „Accept or leave it” zdaje się rzucać swoim słuchaczom. Wprowadza chaos, zamieszanie i zakłóca spokój, nierzadko po prostu irytuje. Zwłaszcza, gdy bezczelnie ładuje w swoje produkcje głośne, drażniące dźwięki rodem z komputerowego BIOS-u. A jednak czaruje. „The Church” to album nieprzewidywalny, przy pierwszym kontakcie dla wielu zapewne odpychający. No i co z tego, skoro po 30 minutach i tak kiwamy głową do rytmu, wciągamy się w tę historię, a później dusimy „play” na nowo.
źródło: onet.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here